Tu podaj tekst alternatywny

Résumé roku 2012


Nie mogę w to uwierzyć, ale dzisiaj już drugie roczne podsumowanie w genealogii. Mijający rok upływał raczej na poszukiwaniu przodków i krewnych w czeskich wsiach. Pomimo, że upłynął już ponad rok od czasu kiedy dowiedziałem się o przodkach zza południowej granicy dalej nie ogarnąłem całej parafii Himmlisch Rybnai (czes. Nebeská Rybná).  W wakacje udało mi się wypisać wszystkie osoby o ośmiu głównych, najważniejszych nazwiskach z lat 1661-1735. Zostały mi więc jeszcze do przeszukania lata 1736-1818, a w wielu przypadkach sięgnę już końca XIX wieku. Pozostając w zagadnieniu czeskich przodków. W tym roku  rozwiązałem zagadkę dwóch Franciszków Jakmanów mieszkających w Kamienicy Polskiej, będących mniej więcej w tym samym wieku, ale mających różnych rodziców. Na całe szczęście zacząłem indeksować śluby z parafii Poczesna i tam znalazłem ślub ‘mojego’ Franciszka z Zofią z Czerwików. Wewnętrzny spokój dała mi jedna sytuacja ... nie zacząłem całkowicie opracowywać linii przodków żony Ignacego Jakman – Barbary Feüchtinger. Dzięki temu zaoszczędziłem sporo czasu na, jakby się później okazało, bezsensownej pracy. Przynajmniej dla mnie ona byłaby zbyteczna - nie zajmuje się w ogóle rozwijaniem linii osób powinowatych. Po krótkich poszukiwaniach z metryk można było wyczytać, że ‘mój’ Franciszek Jakman był synem Józefa Jakman, młodszego brata Ignacego, który zaś jest dziadkiem tego pierwszego Franciszka. Prawie oczywistym było dla mnie, że żona mojego ‘nowego’ przodka Józefa  – Barbara Młynarzyk – również jest rodem z Czech. Moje przypuszczenia potwierdził akt jej zgonu, w którym była zwarta informacja o miejscu urodzenia zmarłej.  Póki co linia czeskich przodków ze strony Barbary, kolokwialnie mówiąc – ‘leży i kwiczy’. Pierwszym powodem jest brak czasu, drugim to, że pierwsze chcę już całkowicie opracować linię przodków Józefa Jakman, a trzecim masakryczne i w dodatku pisane v českém jazyku metryki. Póki co jest to dla mnie mur nie do przeskoczenia, ale mam nadzieję, że rozpędzę się jakimś czołgiem i go przebije.
W linii prababci Głogowskiej zawitała jutrzenka.  Akt zgonu jej ojca troszkę namieszał, bo miejsce urodzenia nie jest takie jak powinno, ale cała reszta się zgadza. Nie pozostaje mi nic innego jak poszukać ich aktu ślubu. Na pewno nie ma go w parafii Św. Krzyża. W genetece znalazłem zapis o urodzeniu Marianny Skoczylas w wieluńskiej parafii. Data się zgadza, może tam warto zajrzeć do ślubów?
W linii rodziny Kruczków co nie co ruszyło. Jednak tu niezbędne są wizyty w parafii, więc wszystko idzie troszkę wolniej, ale co najważniejsze do przodu ... albo w tył? Jedną z ciekawszych rzeczy, która zadziała się w tej części drzewa jest możliwość pierwszego przypadku ubytku przodków.Można tu także wspomnieć o szczęściu w nieszczęściu. Pierwszy raz poznałem rodzinę dziadka, szkoda, że na jego własnym pogrzebie...
W fragmencie kresowego drzewa, czyli w obrębie krewnych babci Wybieraniec na szczęście ruszyło cokolwiek. W końcu dowiedziałem się co nie co o moim pradziadku Andrzeju. Udało mi się także odnaleźć potomków Andrzeja z pierwszego małżeństwa. Również ‘wzbogaciłem‘ się o zdjęcia dwójki dzieci Andrzeja – starszego Wiktora i młodszej Heleny.

W części drzewa dotyczącego przodków i krewnych mojej babci Rozalii na razie głucho i cicho. Może w tym sensie, że od dawien dawna nie dodałem praktycznie żadnego nowego przodka. Myślę jednak, że ‘limit‘ przodków z Żarówki i okolic najzwyczajniej się wyczerpał. Doszedłem bowiem już do granic metryk, które zaczęły być spisywane dopiero w 1806 roku. Teraz tą część drzewa chciałbym raczej wzbogacić o zdjęcia, opisy osób, wspomnienia i inne rzeczy, które nie są wyłącznie suchymi datami. Poniekąd jedna z rzeczy, a mianowicie odszukanie zdjęcia prababci Apolonii, chyba się już udała :)
Przejdźmy teraz może do trochę mniej ciekawej rzeczy ... Kilka statystyk : 





Na koniec chciałbym podziękować kilku osobom, które pomogły mi w poszukiwaniach : 
Pani Ania Stręgiel – pomoc w poszukiwaniach w parafii Św. Krzyża w Łodzi,
Pan Piotr Gerasch – pomoc w szukaniu czeskich metryk,
Pan Krzysztof Nizioł – tłumaczenie rosyjskich metryk,
Wszystkim krewnym, który udostępnili mi zdjęcia, dokumenty lub swoją ogromną wiedzę o rodzinie,
Wszystkim członkom grupy Genealodzy(PL) na facebooku za pomoc w różnych dziwnych i mniej dziwnych zagadkach, tłumaczeniach i we wszystkim o co jeszcze pytałem :)
Indeksującym dzięki, którym znalazłem to czego szukałem oraz wszystkim forumowiczom forgenu i genealogów, którzy mi pomagali. Jeszcze raz dziękuje !!! :)
A czytelnikom życzę szczęśliwego nowego roku, pomimo pechowej 13 lepszego od tego mijającego i co najważniejsze : dużo, dużo zdrowia !


 

Muzykant z Żarówki

Ponad rok temu odszedł z tego świata starszy kuzyn mojej babci - Tadeusz Piątek. Co ciekawe był on kuzynem z 'dwóch' stron, tzn. jego rodzice byli dla siebie szwagrostwem. Ojciec Tadeusza - Michał był bratem Apolonii, czyli mamy mojej babci, a jego matka - Tekla - była siostrą Jana, czyli ojca babci.
Tadeusz Piątek
Tadeusz Piątek urodził się roku 1929 w Żarówce z ojca Michała Piątka i Tekli dd Cichoń. Miał troje rodzeństwa : o 8 lat starszego brata Jana, który grał na skrzypcach w kapeli oraz przebywał na robotach w III Rzeszy Niemieckiej; siostry Rozalię i Bronisławę. Po ukończeniu czterech klas w Szkole Podstawowej w Żarówce rozpoczął naukę w pobliskim mieście - Radomyślu Wielkim. Miał świadomość, że ukończenie kolejnych klas da mu w przyszłości lepszą pracę. Jak się okazało miał rację i przez jakiś czas pracował w hucie w Krakowie  i kopalni na Śląsku. Wcześniej jednak rozpoczęła się wojna... Mały wówczas Tadzio wraz z rodzicami i rodzeństwem ucieka ucieka przez Pniaki, Sieradz, Brnik do Szarwarku. Pobyt w owym mieście trwał przeszło pół roku. Pod obcym dachem, u obcych ludzi bez żadnego zabezpieczenia materialnego jak wszyscy uciekinierzy, rodzina Piątków starała się pomagać gospodarzom w pracach domowych, na roli. Z kolei dzieci 'zatrudniały' się do pracy u sąsiadów: pasienie bydła, pomoc przy żniwach - za tą pracę otrzymywali trochę ubrań, jedzenia. Po wejściu Rosjan na teren Polski w głowach wielu Polaków, także w głowach Piątków, zawitała nadzieja na nadejście lepszego jutra. Wszyscy uciekinierzy z Żarówki ruszyli więc do swoich domów. Zastali tam jedynie zgliszcza. Nikt jednak się tym nie martwił. Każdy zakasał rękawy, zaczął zdobywać drewno do budowy domów, słomę i rozminowywać pola - wiele osób wówczas zginęło. Tuż po zakończeniu wojny, w 1947 roku, w wieku zaledwie 50 lat umiera Tekla Piątek. Odtąd już nic nie będzie takie samo...
Mija wiele, wiele lat ... 22 lipca 1959 rok. Tadeusz Piątek staje na ślubnym kobiercu z Weroniką Cichoń. Małżeństwo pobłogosławił ks. Zygmunt Zając. Wesele trwało dwa dni. Było tradycyjnie: cztery dorożki, przejazd furmanką, biała suknia, odświętny garnitur, orkiestra w skład której wchodzili: Frankowicz, Bukała, Królak. Kucharką weselną była Józefa Trojak, ona także prowadziła oczepiny. W 1962 roku urodził się syn państwa Piątków: Krzysztof, kilka lat później na świat przyszła córka Małgorzata.
Wiele lat temu mały chłopiec siedział sobie na piecu i bawił się przetakiem. Dla jednych było to tłuczenie się, ale tata Michał dostrzegł w synu talent. On w uderzeniu w przetak słyszał melodię. Tuż przed wojną zrobił dziecku bębenek. W ten sposób mały Tadzio po raz pierwszy próbował gry na instrumencie. Zresztą Wojtek Cichoń nie raz zabierał go na rurkę swojego roweru na wspólne granie. To były pierwsze lekcje. Podczas wojny Niemcy zrobili sobie z owego bębenka strzelnicę. Potem był kolejny bębenek i nauka gry tym razem u Królaka w Janowcu. Potem była harmonia Khorha i nauka gry u Mieczysława Ogorzelca w Luszowicach, który nauczył go także podstaw nut i chwytów. Tuż po ślubie, w latach 60-tych, Tadeusz Piątek kupił saksofon Akustik i na nim rozpoczął naukę gry. Grywał rodzinie w długie, jesienne wieczory, grywał na potańcówkach, weselach, dożynkach, piknikach, podczas uroczystości kościelnych, Dnia Seniora, na Przeglądzie Ogrów w Zabajce i tak bez okazji. Z kim? To tylko niektórzy spośród wielu: Andrzej Giża, Józef Mróz, Jerzy Mróz, Zdzisław Lasota, Władysław Pryga, Mieczysław Sipiora, Danek Wilk, Stanisław Wilk, Waldemar Czapiga, Tomasz Mróz, Stanisław Gera, rodzina Baranów, Aleksander Trznadel, rodzina Przedzielskich, Stanisław Drąg, Jerzy Moździerz, Smagacze, Ferdynand Drąg, Lask ... Grał także w kapeli "Radomyślanie". No i najważniejsze - w roku 1987, z własnej inicjatywy, wraz z Władysławem Prygą, Franciszkiem Frankowiczem, Edwardem Cichoniem i Józefem Mrozem założył kapelę "Żarowianie". 
Kapela "Żarowianie". Od lewej stoją: Waldemar Czapiga, Jerzy Mróz, Tadeusz Piątek (gra na saksofonie), Stanisław Gera, Józef Mróz, Andrzej Giża, Włodzimierz Piątek.
Zdjęcie wykonano 3 maja 2011 podczas odpustu z okazji Matki Bożej Królowej Polski w Żarówce. M. Wnuk
Oprócz tego, że grał także naprawiał instrumenty. Przywracał je do świetności, dawał im drugie życie. Również rzeźbił: spod jego ręki wyszedł posąg Matki Bożej, świętego Floriana, makieta kontrabasu. Muzyka była jednak jego życiem. Potrafił nie tylko grać, ale wiedzą i cierpliwością dzielił się z każdym swoim uczniem, a przez dom państwa Piątków przewinęły się ich całe tłumy.
Tadeusz Piątek odszedł w niedzielę 11 września 2011 roku. Kilka dni później odbył się jego pogrzeb. Uroczystą Mszę Świętą celebrował ks. proboszcz Eugeniusz Habura, psalm odśpiewał Waldemar Czapiga. Hołd zmarłemu oddali też Ci, dla których był Mistrzem i Nauczycielem. Do melodii "Barki" i "Ciszy" granej na saksofonach przez Bogdana Naleźnego, Władysława Naleźnego, Józefa Jaje wraz z córką, Waldemara Czapigę, Jana Węża, Pawła Stanosza, Adriana Jędrzejczyka, Andrzeja Giżę i p. Cabaja na trumnę spadały kolejne grudki ziemi ...

 

Ubytek przodków?

Dzisiaj chciałbym opisać jeden z ciekawych przypadków w genealogii, który być może wystąpi także w mojej rodzinie. Temat ten znacząco powiązany jest z tzw. paradoksem przodków. Jak wiadomo każdy z nas ma dwóch rodziców, chociaż w przyszłości - niestety - może się to zmienić... Nasi przodkowie, żyli jeszcze w miarę normalnym świecie i każdy z nich musiał mieć tatusia i mamusię. Nie zawsze ten pierwszy był znany, ale raczej przy poczęciu był niezbędny :) Jeśli więc mamy dwóch rodziców. Ojciec i matka mają także swoich rodziców, czyli naszych dziadków - liczba się już podwaja. Dziadkowie mają swoich rodziców, pradziadkowie swoich, prapradziadkowie swoich ... i można tak w nieskończoność. 
Łatwo więc obliczyć ile w każdym pokoleniu - teoretycznie - mamy przodków.

probant : 20 = 1
rodzice : 21 = 2
dziadkowie : 22 = 4
pradziadkowie :23= 8
prapradziadkowie : 24= 16
praprapradziadkowie: 25= 32
prapraprapradziadkowie : 26= 64
praprapraprapradziadkowie : 27= 128
praprapraprapradziadkowie : 28= 256
praprapraprapradziadkowie : 29= 512
20xpradziadkowie : 220 = 1 048 576
40xpradziadkowie :240 = 1 099 511 627 776 (!), 

Przy czterdziestym pokoleniu jest to już ponad BILION przodków i to od jednej osoby. Gdyby pomnożyć tę liczbę przez 7 mld ludzi żyjących na świecie to osiągnęlibyśmy niewiarygodnie wysokie liczby. 
Oczywiście nie każde pokolenie, patrząc w linii poziomej, rodzi się w tych samych latach. Ba! Czasami są to różnice nawet 50 czy 80 lat. U mnie rekordem jest dokładnie 51 lat - 1748 i 1799 rok. Co ciekawe pradziadek, który jest potomkiem osoby urodzonej w 1748 roku jest o 10 lat młodszy od pradziadka, którego przodek urodzony jest w 1799. Niemniej średnia na każde pokolenie to 25-30 lat. Zdarzają się także różnice w jednym pokoleniu sięgające 16 czy nawet 14 lat. Za datę urodzenia probanta przyjmijmy rok 1970, a za umowną różnicę w pokoleniach 30 lat.

probant : 20 = 1970 r.
rodzice : 21 =1940 r.
dziadkowie : 22 = 1910 r.
pradziadkowie :23 = 1880 r.
prapradziadkowie : 24=  1850 r.
praprapradziadkowie: 25=  1820 r.
prapraprapradziadkowie : 26=  1790 r.
praprapraprapradziadkowie : 27= 1760 r.
praprapraprapradziadkowie : 28=1730 r.
praprapraprapradziadkowie : 29=1700 r.
20xpradziadkowie : 220 = 1 048 576 = 1370 r.
40xpradziadkowie :240 = 1 099 511 627 776 = 770 r.

Teoretycznie w 40 pokoleniu, czyli przyjmując średnio w VIII wieku, KAŻDY z nas powinien mieć na okrągło 1 bln przodków.  Na świecie żyło wówczas ok. 350 mln osób. Czyli nawet dla jednej osoby na świecie 'nie starczyłoby' przodków. Gdyby tak miało być, z punktu matematycznego, to liczba ludności na świecie musiałaby z roku na rok spadać zamiast rosnąć. To jest właśnie jedna z rzeczy, która przewyższa genealogię tudzież historię nad matematyką :) 
Więc w którymś pokoleniu musiał nastąpić tzw. ubytek przodków. Czyli dwie spokrewnione ze sobą osoby zawarły ślub. Nie chodzi mi o małżeństwo brata z siostrą czy matki z synem - niczym Edyp. Ale przykładowo o małżeństwo kuzynów w 3. stopniu. Ludzie Ci często sami nie wiedzieli, że są rodziną. Szczególnie dotyczy się to małych wsi gdzie każdy z każdym był spokrewniony. Wiadomo, że w miastach była większa migracja ludzi. Podobne rzeczy działy się również w rodzinach królewskich, magnackich czy szlacheckich. Dla dobra rodziny zawsze wybierany był ktoś albo spokrewniony, albo z zaprzyjaźnionej rodziny. Nie wspominam tu o rodzinach królewskich, gdzie dochodziło do małżeństw miedzy bliższymi krewnymi. 
Zapewniam więc, że NIKT - przykładowo - w 13 pokoleniu miał 65 536 RÓŻNYCH bezpośrednich przodków. Czasami już na poziomie prapradziadków zdarza się ubytek przodków. Z jednej strony dobrze, bo mniej szukania, ale z drugiej źle, bo jak liczyć tychże przodków? Normalnie, tak jakby byli różni, czy każdego liczyć osobno?
Oczywiście należy też mieć na uwadze ubytek potomków. Bo jeśli para spokrewnionych ze sobą osób ma dzieci, to jest tych potomków mniej, niżbyśmy oczekiwali.
W moim drzewie genealogicznym pewne są co najmniej trzy możliwości wzajemnego pokrewieństwa mych przodków. W dwóch aktach ślubu widnieje dyspensa, że małżonkowie spokrewnieni są w 3. stopniu. Wiadomo więc, że są spokrewnieni w linii bocznej. Jak na razie nie udało mi się jeszcze ustalić jak dokładnie są spokrewnieni. Z kolei trzecia możliwość pokrewieństwa przodków nie ma jak na razie potwierdzenia na papierze w formie dyspensy, ale jest coś innego...
Po pierwsze to samo nazwisko, bądź co bądź bardzo znane we wsi. Fakt drugi - urodzeni byli w tym samym domu. Najbardziej prawdopodobną wersją jest ta, że Michał i Tomasz Laszczkowie, czyli ojcowie moich dwóch przodków, są braćmi. Data urodzenia Michała jest mi znana, tak samo jak jego rodzice. Natomiast rodzice Tomasza stoją po znakiem zapytania. Albo jego rodzice nazywali się tak samo jak rodzice Michała, urodzony w tym samym domu co Michał albo ... jego rodzice nazywali się inaczej urodzony ... w tym samym(sic!) domu co Michał i 'pierwszy Tomasz'. Michał i Tomasz albo byli braćmi albo kuzynami innej opcji nie widzę. W każdym bądź razie jestem 'skazany' na ubytek przodków, jak każdy z nas zresztą :)
A wy macie przypadki ubytku swoich przodków? Piszcie ! :)
 

Pradziadku! Gdzie jesteś?

Dzieci jadące w kibitkach do piekła , na Syberię.
Dzisiejszy post będzie poświęcony mojemu nazbyt tajemniczemu pradziadkowi o imieniu Andrzej. Cała historia, a raczej ciąg wielu, wielu niejasności oraz znaków zapytania, zaczyna się około roku 1873. Wtedy, według relacji cioci, miałby się urodzić owy pradziadek. Nie ma ani podanego miejsca narodzin, ani bardziej konkretnej daty. Babcia wspominała tylko, że jej ojciec był o 20 lat starszy od jej matki, czyli mojej prababci. Jako, że prababcia urodziła się w 1893 - 1892 roku, to pradziadek urodził się ok. roku 1873. Gdzie mógł się urodzić Andrzej? Ano pewnie w szeroko rozumianej Россия. Pradziadek narodziłby się w czasie podpisania Sojuszu Trzech Cesarzy, czyli paktu pomiędzy Imperium Rosyjskim, Cesarstwem Niemieckim oraz Austro-Węgrami. Około roku 1900, może trochę wcześniej, Andrzej poślubił Annę z Hryćkiewiczów, z którą to miał około roku 1905 syna Andrzeja. W tym samym roku, a raczej w okolicach tej daty Andrzej miał być zesłany na Sybir razem z rodziną. Jako, że Andrzej był podobno przeciw władzy jak i carskiej tak i leninowskiej  i stalinowskiej to być może został zesłany na Syberię za branie udziału w rewolucji w 1905 roku? Ciężko jest znaleźć jakiekolwiek listy wysyłanych ludzi na roboty, dlatego jak to potwierdzić? Po 5 latach, dokładnie 30 sierpnia 1910 roku, w Archangielsku urodził się drugi syn Andrzeja i Anny - Wiktor. Miejsce narodzin Wiktora może potwierdzać to, że Andrzej był przez jakiś czas na Syberii. Ale czy został zwolniony z obozu, czy może uciekł wraz z rodziną...? W roku 1913 rodzice z dwójką synów znajdowali się już w Pińsku. Tu bowiem 22 maja rodzi się  ostatnie dziecko Andrzeja i Anny - Helena. I co teraz? Prawie 14 letnia pustka. Nie wiem co działo się między rokiem 1913 a 1927. Czy Andrzej mieszkał z rodziną, czy gdzieś "zwiał", czy został zesłany w głąb Rosji? Według opowiadań babci i prababci Andrzej był nauczycielem. Ale gdzie i czego uczył? W Pińsku w pobliskiej rzece łowił ryby, ale czy było to zajęcie zarobkowe, czy może tylko hobby - tego nie wiem. Przed rokiem 1927 Andrzej poznał mą prababcie - Zofię z Kamińskich. Co stało się z Anną? Zmarła? Zostawił ją z dziećmi? Kolejne pytania zostające jak na razie bez odpowiedzi. W każdym bądź razie w 1927 roku rodzi się czwarte dziecko Andrzeja,a pierwsze Zofii  - Stanisława. Dwa lata później na świat przychodzi Janina. Według metryki zgonu Janina urodziła się rok później, także jest błąd w dacie dziennej urodzenia! W dokumentach obozowych widnieją 4(sic!) różne daty narodzin. W przypadku dwóch pozostałych sióstr jest podobnie. Ostatnią córką urodzoną według dokumentów niemieckich w roku 1930, a według metryki zgonu w roku 1931 jest moja babcia - Czesława. Babcia i prababcia często wspominały Wiktora, przyrodniego brata prababci. Mówiły o nim jako o sierżancie i o dziwo miały rację! Nie znając się na stopniach wojskowych, mimo tylu lat pamiętały! Potwierdzają to obozowe dokumenty ze Stalagu, które mówią o Wiktorze jako o "Feldwebel", czyli niemieckim odpowiedniku sierżanta. Pierwszy syn Andrzeja przebywał w Lubece. W 1947 roku powrócił do kraju z zamiarem emigracji do Kanady. W tym roku nastąpiło pierwsze i ostatnie spotkanie po upadku III Rzeszy Niemieckiej spotkanie braci Wiktora i Andrzeja. Według informacji z PCK Andrzej nigdy nie dotarł do Kanady. A może wcale nie wyjechał tak daleko, a 'rzuciło' go nieco bliżej? 
W 1943 roku prababcia wraz z córkami została zesłana na przymusowe roboty do Niemiec. Jako, że babcia miała już 13 lat to powinna pamiętać swojego ojca, ale ... nie pamiętała! Najwidoczniej Andrzej musiał albo uciec od rodziny, albo zginąć krótko po narodzinach babci. Ale dlaczego prababcia nic nie chciała mówić o swoim mężu? Cały czas mówiły o Wiktorze. Były wręcz pewne że zginął albo w Katyniu albo na wojnie. Tymczasem po wojnie mieszkali w jednym mieście, szukali się, a żaden, za przeproszeniem, zasrany urzędnik, nie potrafił skojarzyć tak rzadkich nazwisk. Przepraszam za słowa, ale szlag mnie trafia, że tyle lat się szukali, a nigdy się nie znaleźli przez nieudolność urzędasów. Wiktor zmarł w 2007, babcia w 2002. W 2002 roku minęło ponad 60 lat od zakończenia wojny, a oni nigdy się nie znaleźli. Co bym dał aby babcia i Wiktor jeszcze żyli, żeby się spotkali, po tylu latach ... Mam jednak nadzieję, że babcia gdzieś z góry spogląda na mnie i mi kibicuje w moich poszukiwaniach pradziadka Andrzeja...

Btw. Jak podoba Wam się nowy layout strony?
 

Liczba wyświetleń

Obserwatorzy