Tu podaj tekst alternatywny

Czeski przodek bez nazwiska.

Plac w Vamberku
Po wielu tygodniach, a nawet miesiącach, w końcu zabrałem się za czeskich przodków, tych od 4xprababki Barbary z Młynarzyków. Barbara urodziła się w miejscowości, a raczej już mieście, Vamberk. Pierwsza wzmianka o Vamberku, a dokładnie o zamku Waldberg pochodzi już z 1341 roku. Jak się okazało, to rodzina matki Barbary - Doroty Józefy mieszkała z dziada, pradziada w Vamberku, natomiast przodkowie ojca zamieszkiwali co rusz inne wioski. Sam Jan Mlinarzik, czyli ojciec Barbary, został urodzony w miejscowości Roudné, której początki sięgają już XIII wieku, kiedy we wsi było 9 gospodarstw. Pierwszy, a nie jedyny, problem z Czechami zaczyna się już podczas poszukiwań pradziadka Barbary - Wacława. Jego syn - Franciszek, rodzi się w 1739 roku w m. Černíkovice. Logicznym następstwem odnalezienia urodzenia dziecka jest chęć odszukania ślubu jego rodziców. Niestety imię Wacław jest okropnie popularne w Czechach. Tak jak u nas same 'Jonki" i 'Maryśki', tak w Czechach same Wacki. Szukam więc od 1739 wstecz. Nie ma, nie ma, rok 1700, dalej nic. Przejrzałem nawet niemożliwe, czyli lata przed rokiem 1700. Nic, kompletnie nic. Nazwisko Minarz, bo tak brzmiało pierwotnie, pojawia się w spisach, ale szukanego Wacława brak. Zajrzałem więc w indeksy po roku 1739. Jest! Wacław Minarz i Katarzyna, ale jak to możliwe, że przed ślubem urodziła się dwójka dzieci!? Myślę, że to nie moi, a szukana para wzięła ślub w innej parafii, parafii panny młodej. To jeszcze jakoś przełknąłem, ale prawdziwe cyrki zaczynają się z odnalezieniem metryki urodzenia nieszczęsnego Wacława. Nie żeby nie było. Jest, a nawet są - dwie... Jeden Wacek urodzony w 1709, drugi w ... 1711. Oczywiście inni rodzice, ale jedna miejscowość. Mając dalej wiele szczęścia, to żaden z nich nie zmarł w wieku dziecięcym. W metryce ślubu Wacława brak jest danych, które informowały o tym, jak nazywali się rodzice. Weź tu człowieku strzel, który to twój. Szanse fifty - fifty, ale chyba nie o strzelanie chodzi w genealogi ... póki co nie widzę jakiegoś sensownego rozwiązania :(
Zostawmy więc Minarzów i przejdźmy do kolejnych delikwentów, do rodziny Spacék. Wcześniej wspomniany Franciszek Minarz wziął sobie za żonę Katarzynę, której z domu Spacék właśnie było. Dużą radość spowodowało imię ojca Katarzyny. Chopina zwał się Wit, co (Bogu dzięki) częstym imieniem nie jest. Szybko, wręcz bardzo szybko, odnalazłem Wita, a także jego rodzeństwo. Warto wspomnieć, że Wit był najmłodszy z rodzeństwa, jego brat - Paweł, był od niego o 15 lat starszy. Wszystko pięknie ładnie, ale aktu ślubu rodziców Wita brak. Szukałem kilka razy i nic... Jak nie ma możliwości odnalezienia przodków Wita, to zabrałem się za jego żonę Katarzynę. Ta to już w ogóle miesza. Wyszła za mąż za mojego Wit jako wdowa po Macieju Netik. Dobra, szukam więc aktu zgonu Macieja - powiedziałem. Super, jest. Chwila... zmarły w wieku 70 lat!? Niemożliwe! To nie on! Przekopałem resztę zgonów - nie ma. Jak nie ma, to szukam ślubu Maciej Netik + Katarzyna. Znów jest, ale ... w roku 1706! Przyjmując ekstremalny wiek panny młodej w liczbie 14 wiosen, to przy narodzinach swojej córki miałaby przeszło 55 lat! Jest jednak gorzej ... urodzenie Katarzyny znajduje się w latach 80. XVII wieku. Toż to niemożliwe, aby matką była blisko 70 letnie kobieta! Z drugiej strony, czy może być druga taka para, która ma te same nazwiska, te same imiona? 


Musiałem jakoś przegryźć cztery porażki i zająć się rodziną matki Barbary, rodziną Schisler. Od razu do gustu przypadło mi jedno imię mojego przodka. Ów przodek dostał imię ... Gotard. Nieprawdaż, że ładne? :) Dla mnie na rękę, bo ino jeden Gotard się urodził. Teraz część mniej milsza. Sytuacja podobna jak u Wita - Gotard miał młodszego o 17 lat brata, aktu ślubu rodziców Jana i Justyny - brak. Na szczęście odnalazłem ich metryki zgonów, to jeden plus. Szukałem po omacku urodzenia Jana, ale bez zadowalających efektów. 
Jak nie Schisler, to ostatnimi siłami przydusiłem przodków o pięknym czeskim nazwisku Zabrodsky. Akt urodzenia Franciszka jest, o dziwo akt ślubu jego rodziców - Andrzeja i Katarzyny - znaleziony! Jest jeszcze piękniej - odnalazłem też akt urodzenia Andrzeja. Z aktem ślubu jego rodziców jednak mały problem. Co prawda odnalazłem jakiś w 1682, ale nie jestem pewny, czy to moi. Prawdziwa rozkosz czekała mnie z nazwiskiem żony Andrzeja- Rosiną Hlavaty. Szkoda tylko, że ojciec Rosiny był wdowcem, bo odnalezienie jego aktu urodzenia jest już nie możliwe z powodu braku ksiąg. Mam jednak metrykę ślubu Wacława (ojca Rosiny) z pierwszą żoną. Ale, ale. Jest jeszcze matka Rosiny - również Rosina. Delikwentka miała na nazwisko Wostynball i urodziła się w 1655 roku! To teraz najstarsza odnaleziona metryka podczas moich dotychczasowych badań. Co ciekawe Rosina urodziła się bez nazwiska! Najprawdopodobniej w akcie jest zapis, który mówi o Macieju z Krzysztofa. Idąc tym tropem można przypuszczać, że Krzysztof urodził się pod koniec XVI wieku!

Akt urodzenia Rosiny Wostynball
Pozostaje mi jeszcze jedna rodzina do odszukania, ale muszę zregenerować siły. A cóż mam począć z tymi, co się odszukać nie chcą?
 

Ciężki los sierot.

Dzisiaj chciałbym wam przedstawić nieco bliżej temat dzieci porzuconych, dzieci niechcianych, czyli najogólniej mówiąc - sierot. Co prawda pomysł na temat trochę zapożyczony z bloga Marcina Marynicza, ale chciałbym przedstawić ten temat szerzej, nie tylko wśród swoich krewnych. Mam więc na nadzieję, że się nie obrazi za podkradzenie pomysłu :)
W dzisiejszych czasach porzucone, czy niechciane dzieci trafiają do sierocińców, rodzin zastępczych. Każde dziecko ma możliwość schronienia, pożywienia, dachu nad głową. Oczywiście dom dziecka nigdy nie zastąpi mamy i taty, ale dzieci te nie są od razu skazane na śmierć głodową, jak to bywało w nie tak zamierzchłych czasach.
Pierwsze szpitale dla podrzutków i sierot powstały już VI wieku, a prowadzone były przez kościół. We wczesnych wiekach właśnie kościół opiekował się żebrakami, sierotami i chorymi, to on był dla tych osób jedyną nadzieją. W drugiej połowie XII wieku, w roku 1175 z inicjatywy Gwidona z Montpellier, powstał zakon duchaków, który opiekował się głównie samotnymi matkami i porzuconymi dziećmi. Warto wspomnieć, że duchacy, za sprawą bpa Iwo Odrowąża, znacznie przyczynili się do rozwoju polskiego szpitalnictwa. W 1202 roku ówczesny papież Innocenty III ufundował szpital Św. Ducha, który mieścił się w Rzymie i był przeznaczony dla porzuconych dzieci. Powodem, dla którego papież zdecydował się wybudować szpital były nagminne sytuacje, kiedy matki wrzucały dzieci do Tybru. Od teraz można było położyć dziecko do bębna przy bramie kościoła, a nie zostawiać na ulicy. Podrzucane niemowlaki karmione były przez opłacane 'mamki'. Wkrótce liczba szpitali wybudowanych dzięki inicjatywie zakonu duchaków wzrosła do 1250! W Polsce najstarszy szpital Św. Ducha powstał w 1220 roku w Prądniku pod Krakowem. Został on ufundowany przez wcześniej wspomnianego bpa Iwo Odrowąża, który przeniósł go później do Krakowa. Kolejne szpitale-sierocińce powstały w XIII i XIV wieku w Biskupicach koło Wieliczki, w Kaliszu, Sławkowie i Sandomierzu.
Krakowski szpital miał oddział męski i kobiecy, na którym znajdowały się również sieroty. Dziećmi zajmowały się siostry na czele z matką przełożoną, a także pomagała im służba. Podobnie jak we Włoszech dzieci karmiły wynajęte 'mamki'. Każda karmiła co najmniej dwójkę dzieci. Zatrudniano kucharkę, gospodarza i dwie służące dla młodszych i starszych dzieci. Przy szpitalu znajdowało się specjalne miejsce do oddawania porzuconych dzieci (ruchome koło z dzwonkiem do sygnalizowania, że umieszczono dziecko w bębnie). Do sierocińca w ciągu roku oddano przeszło setkę dzieci! W całym szpitalu schronienie znajdowało wówczas około 350 osób. Raz w tygodniu, członkowie zakonu opiekującego się szpitalem, szukali po wsiach i ulicach miast, chorych, biednych, sierot i podrzutków, których umieszczano w szpitalu. Czasami wynajmowano i opłacano ludzi, którzy szukali porzuconych dzieci i odnosili je do szpitala. W jego murach mogły też rodzić kobiety, które zakon przyjmował pod swój dach.
Oczywiście w szpitalu najwięcej było podrzutków oraz dzieci z nieprawego loża. Pobyt w szpitalu niejako legalizował je i dzięki temu nie zagrażał im społeczny ostracyzm. Otrzymywały tutaj chrzest i normalne imiona, takie jak legalne dzieci. Nie nadawano wymyślnych i śmiesznych imion, aby potępić i wyróżnić Bogu winne istotki. Wszystkie dzieci w szpitalu dzielono na dwie grupy: niemowlęta oraz dzieci mniejsze i większe. Słabe i wątłe niemowlaki oddawano na wieś, gdzie były za opłatą karmione i wychowywane do 5-6 roku życia, po czym wracały do szpitala. Do 7 lat wychowywały je siostry. Potem chłopcy przechodzili pod opiekę braci. Chodzili do szkoły, a inni uczyli się zawodu. Dziewczęta pod okiem sióstr, uczyły się kobiecych zajęć, a potem wydawano je za mąż. Mimo takiej opieki, śmiertelność wśród sierot przebywających w szpitalu była wysoka. Najwięcej umierało niemowląt w pierwszym roku życia. Przyczyną były choroby zakaźne np.: ospa, brak leków, zły stan sanitarny, złe odżywianie i niedbałość opiekunów.
W XVI wieku sieroty nadal trafiały do szpitali i były utrzymywane z funduszy kościoła. Po soborze trydenckim pojawiły się nowe zgromadzenia zajmujące się pomocą dzieciom, a także liczne stowarzyszenia. Oprócz kościoła, losem sierot i podrzutków interesowały się też władze miejskie. W 1542 roku w Gdańsku na zapleczu kościoła św. Elżbiety zbudowano dom dziecka. Od 1552 roku wychowankowie domu byli 'legalizowani', czyli chrzczeni i przyjmowani do społeczności. W domu mieszkało do 40 dzieci. Przyjmowano je za drobną opłatą, w wieku niemowlęcym lub trochę starszym. Pozostawały w domu dziecka do uzyskania pełnoletniości. W Toruniu w 1605 roku powołano do życia specjalny urząd sierocy. Urząd ten wyznaczał i zatwierdzał opiekunów dla dzieci, kontrolował ich wydatki i opiekę nad dziećmi. W Warszawie władze miejskie wyszukiwały dla znalezionych podrzutków kobiety, które za opłatą, opiekowały się niemowlakami. Potem umieszczano je w przytułku. W XVII wieku w Warszawie powstały dwa sierocińce. W latach 1623-1632 powstał szpital z sierocińcem pod wezwaniem św. Benona. Do sierocińca przyjmowano głównie chłopców z rzemieślniczych rodzin. W 1735 roku powstał tu tzw. dom poprawny. Drugi sierociniec przeznaczony był dla dziewcząt i prowadzony przez szarytki. W szpitalu pod wezwaniem św. Kazimierza uczono sieroty praktycznych umiejętności przydatnych dziewczętom: koronkarstwa, tkactwa, szycia. Liczba wychowanek szpitala pod koniec. W 1732 roku w Warszawie założono szpital dla podrzutków, czyli Szpital Dzieciątka Jezus. Założył go ksiądz Gabriel Piotr Baudouin. Personel szpitala składał się z 12 księży i zakonnic, 5 służących, 15 'mamek', 1 urzędnika i 1 lekarza. W pierwszym roku przyjęto do szpitala 48 dzieci. W 1736 roku było ich już tutaj 241. Od 1746 roku wychowankowie domu mieli prawa legalnie urodzonych. Według statutu, który kazał opracować król August III, szpital zajmował się dziećmi porzuconymi i sierotami. Dzieci miały na ciele stawiany specjalny znak. Obok imienia był on zapisany w księdze sierocińca. Część dzieci, za opłatą, oddawano na wychowanie do prywatnych domów. Jedną z podrzuconych sierot była żona mojego dalszego krewnego. W akcie ślubu Marianna zapisana jest jako:

Marianna Dombrowska, robotnica. Miasto urodzenia nieznane a oddaną do szpitala Dzieciątka Jezus w mieście Warszawa [...], córką osoby nr 703 Dombrowskiej 

W kolejnych latach szpitali i sierocińców przybywało coraz więcej, bo wiele matek oddawało dzieci, które często były z nieprawego łoża. Nierzadko dzieci stawały się osierocone kiedy rodzice zmarli młodo, tuż po ich urodzeniu. Często z powodu chorób, a w burzliwiej historii Polski także podczas wojen. Na wsiach takie dzieci przeważnie oddawane były 'do kogoś z rodziny', starsze pracowały na polu u obcych ludzi, aby dostać kromkę chleba i coś do ubrania. Młodsze często skazane były na śmierć z powodu niedożywienia. W mieście takie dzieci oddawano do sierocińców, czasami okrutnie zostawiano na ulicy. Mój prapradziadek Franciszek Jakman został półsierotą w wieku 8 lat, jego brat miał wówczas 5 lat. Z kolei żona Franciszka, a moja praprababcia - Antonina, straciła ojca w wieku 11 lat. Najprawdopodobniej prapradziadkowie wychowywani byli przez swoje matki, które musiały wyżywić jeszcze inne swoje dzieci. Żadna nie wyszła ponownie za mąż, ciężko pracowały  w fabrykach. 
Czy w waszych rodzinach jest dużo sierot, półsierot, podrzutków? Czy znacie los tych dzieci? Piszcie w komentarzach - bardzo ciekawy temat.
 

W czarownice naszych przodków wierzenia


Z czasem funkcja magii zaczynała przekształcać się w czarownictwo o negatywnych oddźwiękach. Wszelkie praktyki kultowe związane z wcześniejszymi wierzeniami określano jako magiczne, co spotkało się niejednokrotnie z jakąkolwiek próbą zrozumienia ze strony społeczeństwa. Wiara dawnych Polaków w czarownice i wróżki wywodzi się w dużej mierze z religii pogańskich. Demony i półdemony były silnie zakorzenione w wierzeniach dawnych Słowian, a pogaństwo poszerzało szereg istnienia bóstw i duchów. Później wierzenia ludu ewoluowały z demonów do czarów, które wbrew pozorom pierwotnie należały do mężczyzn. Nie oznacza, to jednak, że kobiety nie zajmowały się magią, bowiem one zajmowały się leczeniem, odbierały porody i pomagały ludziom w chorobie. Właśnie przy porodach odprawiały one zabiegi magiczne mające na celu zapewnienie zdrowia i  powodzenia w życiu matki i dziecka. Początek czarownictwa jak i w Europie, tak i na ziemiach polskich swój początek miał w średniowieczu. Rozwój i duże umocnienie chrześcijaństwa przynosi spore zmiany w dotychczasowych wierzeniach. Pojawianie się chrześcijaństwa pozwala kobietom zająć dominującą pozycje w strefie czarów. Mężczyźni wstępowali wtedy do kapłaństwa, co płci przeciwnej było niedowolne. Takie praktyki funkcjonowały jednak tylko na terenach, które nie były jeszcze schrystianizowane. Z czasem upór ludności w trwaniu przy starych obrzędach spowodował fanatyczne prześladowania przez Kościół, a osoby, które wyznawały religię przodków zostały nazwane heretykami. Nie inaczej było z czarownicami. Wiedźmy, które nie chciały się podporządkować nowemu porządkowi, zostały okrzyknięte czarownicami, czyli tymi, które swoje działania mogą przynieść szkodę innym, a sobie zyski. Kobiety te zostały także nazwane 'wspólniczkami szatana', przez co zagrażały chrześcijaństwu i kościołowi. Prześladowania czarownic zaczęły się stosunkowo wcześniej, bo już w VI - VII wieku na terenie dzisiejszej Francji. Procesy inkwizycyjne prowadzone przeciw heretykom dały tym samym początek pierwowzoru prześladowań czarownic, co z kolei powoduje utarcie typów rozpowszechnionych później procesów. Na terenach ziem polskich w miarę upływu czasu, pod wpływem chrześcijańskich wierzeń religijnych, duchowni katoliccy uznali cały słowiański panteon za złe moce piekielne.W momencie utrwalenia wpływów kościoła na polskiej wsi, wierzenia pogańskie traciły swoją moc. Zaczęły napływać nowe, gdzie silnie akcentowana była pozycja diabła i jego nieczystych sił. Z czasem funkcja magii zaczyna przekształcać się w czarownictwo o negatywnych oddźwiękach. Wszelkie praktyki kultowe związane z wcześniejszymi wierzeniami określano jako magiczne, co spotkało się niejednokrotnie z brakiem zrozumienia ze strony społeczeństwa. Liczne wojny, kataklizmy, epidemie, które zebrały ogromne żniwo, powodują, że społeczeństwo zaczyna szukać 'kozła ofiarnego', na którego chce zgonić całą winę za nieszczęścia. To, co najbardziej przyczyniło się do sytuacji prześladowań, to po prostu brak racjonalnego wytłumaczenia zachodzących zmian, połączone z wiarą w wszechobecne zło, reprezentowane na ziemi przez rzekome czarownice. Procesy czarownic znano już od średniowiecza. Duży wpływ na ich występowanie miała postawa kościoła. Władze kościelne długo zachowywały umiarkowanie i powściągliwość, aby zbyt pochopnie nie obarczyć niewinnych kobiet za całe zło świata. Aż do XIII wieku oficjalne stanowisko kościoła głosiło, że poczynania czarownic są złudzeniem powstającym w czasie marzeń sennych. Sytuacja zmienia się w momencie pojawienia się instytucji świętej inkwizycji. W 1484 roku wydana zostaje słynna bulla papieża Innocentego VIII, nakazująca surowe karanie osób zajmujących się czarami. W bulli tej czytamy: 

"Wiele osób żeńskiego rodzaju, zapominając o zbawieniu duszy i wierze katolickiej, wdaje się z demonami (…), sprowadzając zniszczenie za pomocą czarów, zaklęć i innych haniebnych wieszczbiarskich wykroczeń, skutkiem czego niszczeją i giną nowo narodzone dzieci, zwierzęta, plony pól, winnice i owoce w sadach, ponadto złe te istoty bólem i udręczeniem nawiedzają ludzi i zwierzęta, odbierają mężczyznom zdolność płodzenia, a kobietom poczęcia, przeszkadzają mężom i żonom wypełniać wzajemne obowiązki małżeńskie, wreszcie w bluźnierski sposób wypierają się wiary, przez sakrament święty otrzymanej."

O wpływie czarownictwa na ziemiach polskich możemy mówić dopiero od wieku XV. Co prawda już wiek wcześniej pojawiają się w źródłach polskich informacje o kobietach określanych mianem zielarek, ale nie mają one nic wspólnego z obrazem 'zachodniej' czarownicy. I chociaż zajmują się magią już wyżej stojącą od tej stosowanej przez ludność wiejską, to nie figurują w źródłach jako oskarżone. Wiara w czarownice przybywa do Polski, ponieważ rozwijają się techniki i środki magiczne, na które wzrasta zapotrzebowanie w związku z obawą nagłej śmierci spowodowanej częstymi epidemiami i klęskami nieurodzaju. Kiedy już w zachodniej Europie XV - wieczne czarownice masowo płonęły na stosach, to w Polsce praktyki te nie były jeszcze znane. Jednym z powodów był brak znajomości demonologii. W pierwszych polskich aktach oskarżycielskich przeciwko czarownicom brak też było wzmianki o 'współpracy z diabłem'. Przełom dwóch następnych stuleci wprowadza w Polsce nagminne procesy czarownic zaciągnięte wprost od zachodnich sąsiadów - Niemiec. Spowodowane, to było napływaniem wielu niemieckich osadników, którzy tworzyli wsie na prawie niemieckim lub zasiedlali już istniejące miasta. Procesy rozpoczęły się właśnie w miejscach, gdzie było największe skupisko ludności niemieckiej. Wkrótce pojawiają się wydawane przez władców edykty, które zawierały informacje, że herezje są obrazem majestatu i tym samym zbrodnią publiczną, a czary są odmianą herezji. Przykładowo w dobrach biskupstwa chełmińskiego czary upodabniano do zabójstwa, czy kradzieży - były więc ścigane z inicjatywy sądów grodzkich. Oficjalne procesy czarownic pojawiają się w czasach panowania króla Zygmunta Augusta. W wyniku jego postanowień, sprawami posądzeń o czary miały zajmować się sądy duchowne, ale w przypadku, gdy doszło do wyrządzenia szkody majątkowej lub uszczerbku na zdrowiu, sprawę przejmowały sądy świeckie. Pierwszy wyrok kary śmierci dla czarownic wydany przez sąd miejski miał miejsce najprawdopodobniej w roku 1511 w Chwaliszewie k. Poznania. Piszę prawdopodobnie, ponieważ wiele ksiąg sądowych uległo zniszczeniu, więc możliwe, że wcześniej proces z wyrokiem śmierci miał już miejsce. Bardzo często bywało tak, że konflikt toczył się na podłożu klas społecznych. Szlachcic, chcąc pozbyć się krnąbrnego pracownika, jedyne wyjście jego usunięcia widział w podaniu go w stan oskarżenia przed sąd. Nierzadko zdarzało się tak, że czarownice nasyłane były przez osoby stanu szlacheckiego, aby zgładzić ze świata niewygodnych im ludzi. Przebieg procesu rozpoczynał się wysłuchaniem oskarżyciela, po czym sąd przystępował do przesłuchiwania osoby oskarżonej i świadków, jeżeli takowi w ogóle byli. Wypytywano o przyczyny i okoliczności uprawiania czarów, gesty i słowa stosowane podczas nich, osobę, od której nauczono się owych czarów, o powstałe straty. Osobę składającą zeznania pilnie obserwowano, by zobaczyć, w jaki sposób odpowiada na pytania sądu. W procesie istniało tzw. dobrowolne przesłuchanie, czyli bez torturowania, powtarzane trzy razy. W momencie gdy nie otrzymano satysfakcjonujących informacji, przystępowano do tortur. Bez tortur zastosowanych podczas procesów, nie odbyłyby się masowe skazanie i wykonania wyroków. Pod wpływem fizycznego bólu, torturowane kobiety powoływały przed sąd swoje domniemane wspólniczki, które bardzo często, tak jak oskarżone, z czarami nie miały nic wspólnego. Częste tortury podczas procesów były wynikiem wprowadzenia procesu inkwizycyjnego. Do najpopularniejszych należały miażdżenie kończyn górnych i dolnych. Kobiety podczas tortur zachowywały się bardzo różnie. Cześć z nich przyznawała się do winy i obarczała przypadkowe osoby o współpracę, cześć zmarła podczas tortur, do końca utrzymując swoje racje, a niektóre wycofywały się z wcześniejszych zeznań ustalonych na torturach, podczas kolejnej rozprawy. 
Od połowy XVIII wieku liczba procesów czarownic znacznie maleje. Tak samo jak w Europie, też i w Polsce duży wpływ na to ma ideologia oświecenia. Ludzie zaczynają zauważać bezsens i całe okrucieństwo prześladowań czarownic. Najpierw odchodzą od tego duże miasta, potem małe miasteczka, najpóźniej wsie. W 1775 roku doszło do ostatniej polskiej egzekucji na czarownicach we wsi Doruchów, a rok później uchwalono konstytucję, mocą której zniesiona została kara śmierci i tortury za oskarżenie o czary. Inne ziemie polskie, podzielone wtedy między zaborców, też odstępują od tej kary. Władze austriackie czynią to w tym samym roku, natomiast w Prusach zjawisko ustępuje już wcześniej, bo w 1754 roku. Inaczej jest w Rosji, tam tortury i kara śmierci zanikają dopiero w 1801 roku.Polska była jednym z pierwszych krajów w Europie, które w XVIII wieku oficjalnie zaprzestały prześladowań. Nie znaczy to, że całkowicie odstąpiono od wiary w czarownice. W momencie oficjalnego zakazu kary śmierci, często zdarzały się bezprawne samosądy, nawet jeszcze w wieku XIX. W tym właśnie stuleciu podnosi się poziom kultury. Silnie oddziałuje książka, prasa, szkoła, prowadząca walkę z ciemnotą i zabobonem. Mimo to dalej funkcjonuje obraz czarownicy, szczególnie wśród społeczności wiejskiej, bardziej konserwatywnej. Chłop, który wierzył w naukę kościoła, a ten twardo stał na stanowisku, że istnieją moce piekielne, a więc i czarownice, wierzył też w zabobony. Informacje o istnieniu miejscowej czarownicy przekazywał z pokolenia na pokolenie. Mocno utrwalona tradycja działała jeszcze na wyobraźnię potomnych i tak przetrwała do XIX, a w niektórych rejonach Polski nawet do połowy XX wieku. 
W miejscowości moich przodków - Żarówce, także miał miejsce mały incydent z rolą wróżki. Co prawda, to nie czarownica, ale jakieś 'magiczne moce' też posiadała. Sytuacja miała miejsce w czasie drugiej wojny światowej. Niejakiemu Chudemu z Jastrząbki Starej dwójka zuchwałych mężczyzn ukradła konia. Żona Chudego - Agnieszka, udała się do miejscowej wróżki, do pobliskich Jaźwin. Od niej dowiedziała się, że konia ukradli Cichoń i Pacak(lub Papak) z Żarówki. Ów wróżka opowiedziała kobiecie wszystko o kradzieży, którędy poszli, gdzie poszli, co zrobili z koniem. Pewnie wiedziała, to stąd, że wiele osób odwiedzało wróżkę, to i plotek wszelakich się dowiadywała. Okradziony z konia Chudy nie powiedział nikomu o zaistniałej sytuacji. Bał się, że kiedy powie o kradzieży, to Niemcy rozstrzelają złodziei. Po zakończeniu wojny Agnieszka lub jej syn opowiedzieli sąsiadom o kradzieży. Papak wówczas oddał Agnieszkę do sądu o zniesławienie. Agnieszka, a raczej jej córka, opisała całą sytuację i wysłała list do sądu. Sprawa trwała, aż do 1978 roku, kiedy zmarł jeden z synów Agnieszki i wtedy została ona umorzona. A skąd wiadomo, że wróżka mówiła prawdę? Otóż na łożu śmierci ów Cichoń wyznał, że wraz z Papakiem ukradł konia Chudemu.
A wy spotkaliście się z czarownicą lub wróżką w swojej rodzinie lub rodzinnych legendach?
 

Liczba wyświetleń

Obserwatorzy